Ekonomia jako rozmowa, nie dogmat. Pięć idei z historii myśli ekonomicznej
Ekonomia często przedstawia się jako dziedzina oparta na ustalonych, zakurzonych teoriach. Zbiór wykresów i równań odkrytych dawno temu, które dziś po prostu „wyjaśniają świat”. Uczymy się o podaży i popycie, niewidzialnej ręce rynku oraz PKB tak, jakby były to niezmienne prawa natury, przekazane nam z góry. Ten uporządkowany obraz jest jednak starannie wyreżyserowaną iluzją. W tym tekście poznasz Pięć idei z historii myśli ekonomicznej, które zmienią ten stan rzeczy.
Prawdziwa historia ekonomii nie przypomina cichej biblioteki. To brutalna bójka toczona przez intelektualnych gigantów w zaułkach historii. To pole bitwy zasłane radykalnymi pomysłami, spektakularnymi błędami i nierozstrzygniętymi sporami, które do dziś wpływają na nasze życie. Najwięksi myśliciele tej dziedziny nie tylko rozwijali wzajemnie swoje idee; oni zaciekle podważali same fundamenty ekonomii.
Ten artykuł przedstawia pięć najbardziej wpływowych, nieintuicyjnych lub zapomnianych idei autorstwa jednych z najważniejszych ekonomistów w historii. To prawdy i sprzeczności, które pokazują ekonomię taką, jaka jest naprawdę. Jako żywą, dynamiczną i często konfliktową rozmowę o tym, jak faktycznie działa świat.
Spis treści
Prawdziwa rewolucja Adama Smitha, czyli krytyka Merkantylizmu. Gospodarka nie jest grą o sumie zerowej.
Adam Smith jest niemal powszechnie kojarzony z jednym pojęciem: „niewidzialną ręką”, czyli metaforą opisującą, jak indywidualny interes własny może prowadzić do szerokich korzyści społecznych. Z czasem uproszczono to do wzniosłej obrony chciwości. Ten popularny obraz całkowicie pomija jednak jego najbardziej rewolucyjny wkład.
Głównym osiągnięciem Smitha było systematyczne obalenie merkantylizmu, dominującej w jego czasach doktryny ekonomicznej. Merkantyliści uważali, że bogactwo narodu mierzy się ilością zgromadzonego złota. Celem było eksportować więcej, niż się importuje, aby osiągnąć dodatni bilans handlowy i gromadzić metale szlachetne. Smith dokonał intelektualnego przewrotu, przesuwając uwagę z bilansu handlowego na bilans kapitałowy, czyli nadwyżkę oszczędności kraju nad jego konsumpcją. Argumentował, że prawdziwe bogactwo narodowe nie polega na gromadzeniu pieniędzy, lecz na akumulacji kapitału (narzędzi, maszyn, infrastruktury) i jego produktywnym inwestowaniu.
Była to zmiana o ogromnym znaczeniu. W merkantylizmie handel międzynarodowy miał charakter gry o sumie zerowej. Zysk jednego kraju oznaczał stratę innego. Ujęcie Smitha przekształciło handel w system wzajemnych korzyści. Ponieważ akumulacja kapitału może zachodzić jednocześnie w wielu krajach, stworzył on koncepcję „harmonii interesów”, w której państwa mogą bogacić się równolegle. Pogląd ten wzmocniła jego wczesna próba analizy równowagi, rozróżniająca przejściową cenę rynkową oraz długookresową cenę naturalną, wyznaczaną przez koszty.
Nawet ten rewolucyjny model miał jednak swoje osobliwe ślepe plamy, które kłócą się z dzisiejszym rozumieniem gospodarki. Smith wprowadził kontrowersyjne rozróżnienie na pracę „produkcyjną”, tworzącą materialne dobra kapitałowe, oraz „nieprodukcyjną”, do której zaliczał pracę prawników, urzędników i dostawców usług. Ten szczegół pokazuje, że nawet tak zwany „ojciec ekonomii” (tytuł, który zdaniem niektórych historyków nie do końca mu się należy, biorąc pod uwagę większą dojrzałość teoretyczną współczesnych mu myślicieli, takich jak Turgot) był dzieckiem swojej epoki. Jego wizja była jednocześnie błyskotliwa i ułomna.
Nierozwiązywalny problem Karola Marksa, i błędne, uporczywa trzymanie się laborystycznej teorii wartości.
Kamieniem węgielnym całego systemu ekonomicznego Karola Marksa jest laborystyczna teoria wartości. W najprostszym ujęciu głosi ona, że wartość ekonomiczna towaru jest określona przez całkowitą ilość społecznie niezbędnego czasu pracy potrzebnego do jego wytworzenia. Na tej podstawie Marks sformułował teorię wyzysku. Kapitaliści mają osiągać zysk, płacąc pracownikom mniej, niż wynosi pełna wartość wytwarzanej przez nich pracy.
Ten centralny filar zawiera jednak poważną, wręcz śmiertelną sprzeczność. Jeśli wartość pochodzi wyłącznie z pracy, to logicznie wynika z tego, że branże pracochłonne powinny być znacznie bardziej rentowne niż kapitałochłonne. Wyobraźmy sobie fabrykę koszulek, w której 90 procent kosztów to praca, a 10 procent to kapitał, oraz zautomatyzowaną hutę stali, gdzie proporcje są odwrotne. Zgodnie z czystą teorią pracy fabryka koszulek, pełna jedynego źródła wartości, powinna być niewyobrażalnie bardziej dochodowa. Wiemy z rzeczywistości, że tak nie jest. Stopy zysku mają tendencję do wyrównywania się między branżami, niezależnie od relacji pracy do kapitału.
Najbardziej zaskakujące jest to, że Marks doskonale zdawał sobie sprawę z tej luki w swojej teorii. Nazwał ją „problemem transformacji” i obiecał swojemu współpracownikowi Fryderykowi Engelsowi, że rozwiąże ją w kolejnych tomach „Kapitału”. Nigdy tego nie zrobił. „Rozwiązanie” opublikowane pośmiertnie w trzecim tomie zostało natychmiast i bezlitośnie obalone przez austriackiego ekonomistę Eugena von Böhm-Bawerka, który wykazał, że było jedynie matematyczną sztuczką. Centralna gwiazda teoretycznego kosmosu Marksa okazała się czarną dziurą, pochłaniającą własną logikę.
co ciekawe, laborystyczną teorię wartości postulował adam smith. Trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że Adam Smith był pionorem, który pierwszy w historii postanowił systematycznie opisać zagadnienie ekonomiczne; stworzyć spójny język opisu gospodarki i zaproponować ramy, w których w ogóle da się o niej sensownie rozmawiać. Jego teoria nie była więc dopracowanym modelem w dzisiejszym rozumieniu, lecz próbą uchwycenia regularności w świecie, który wcześniej opisywano raczej moralnie, politycznie lub administracyjnie niż analitycznie.
W tym kontekście laborystyczna teoria wartości u Smitha pełniła rolę porządkującą. Praca była dla niego najbardziej oczywistym i obserwowalnym czynnikiem wspólnym dla różnych dóbr, czymś, co pozwalało porównać produkty bardzo odmienne pod względem formy i przeznaczenia. Co istotne, nawet sam Smith nie traktował pracy jako absolutnego, zawsze obowiązującego źródła wartości. W „Bogactwie narodów” wielokrotnie wprowadzał zastrzeżenia, rozróżniał ceny rynkowe i naturalne, uwzględniał wpływ renty i zysku, a jego teoria była pełna wyjątków, które późniejsi autorzy często wygładzali lub ignorowali.
Już bezpośrednio po Smithie okazało się jednak, że teoria wartości oparta wyłącznie na pracy nie wytrzymuje konfrontacji z bardziej złożoną rzeczywistością gospodarki kapitalistycznej. David Ricardo, który próbował ją uporządkować i uczynić bardziej ścisłą, sam dostrzegł poważne problemy. Zauważył, że różne proporcje kapitału i pracy prowadzą do trwałych różnic cen, a czas zaangażowania kapitału wpływa na poziom zysku. W efekcie praca przestawała być jedynym regulatorem wartości, a stawała się raczej przybliżeniem, użytecznym, lecz niedoskonałym.
Równolegle pojawiały się krytyki idące jeszcze dalej. Thomas Malthus podważał ideę, że sama praca i koszty produkcji wystarczą do powstania wartości, wskazując na rolę efektywnego popytu. Jean-Baptiste Say przesuwał punkt ciężkości z pracy na użyteczność i wymianę, sugerując, że to nie praca nadaje rzeczom wartość, lecz fakt, że ktoś chce je nabyć. Nassau Senior dodawał argument kapitału i powstrzymania się od konsumpcji, a Frédéric Bastiat wprost wykazywał absurd konsekwencji dosłownego traktowania pracy jako źródła wartości.
Wszystko to prowadzi do istotnego wniosku: laborystyczna teoria wartości nie była dogmatem panującym niepodzielnie aż do Marksa. Przeciwnie, była intensywnie krytykowana i stopniowo podkopywana już przez kilka dekad po Smithie. Marks nie wszedł więc w pustą przestrzeń intelektualną; przejął koncepcję, która od dawna budziła wątpliwości, i spróbował nadać jej nową, bardziej systemową formę. To właśnie dlatego późniejsza rewolucja marginalna nie była nagłym zerwaniem, lecz logicznym domknięciem długiego procesu krytyki, który rozpoczął się niemal natychmiast po narodzinach samej ekonomii jako nauki.
Trzystuletnia idea, która wyjaśnia współczesną inflację. Efekt Cantillona

Na długo przed Adamem Smithem irlandzko-francuski ekonomista Richard Cantillon, po części finansista, po części oszust, napisał dzieło uznawane przez wielu za pierwszy prawdziwie systematyczny traktat ekonomiczny. Choć mniej znany, zawarł w nim ideę tak potężną, że doskonale tłumaczy ona ukryte skutki współczesnej polityki pieniężnej. Chodzi o efekt Cantillona.
Idea jest prosta, ale głęboka. Nowy pieniądz nie jest neutralny. Gdy bank centralny tworzy pieniądz, nie spada on równomiernie na wszystkich. Trafia do gospodarki w konkretnych miejscach. Cantillon posłużył się przykładem nowej kopalni złota. Właściciele kopalni i ich pracownicy jako pierwsi otrzymują nowy pieniądz. Mogą wydawać go po starych, niższych cenach, stopniowo podbijając ceny dóbr i usług.
Gdy nowy pieniądz krąży dalej, efekt kaskadowo rozlewa się po gospodarce. Każda kolejna osoba, która go otrzymuje, napotyka już rosnące ceny. Najbardziej poszkodowani są ci, którzy dostają nowy pieniądz jako ostatni, na przykład emeryci lub osoby o stałych dochodach. Ich dochody nie rosną, a muszą płacić wyższe ceny spowodowane wydatkami tych, którzy pieniądz dostali wcześniej. Nie była to jedynie ciekawostka z XVIII wieku. Cantillon w istocie narysował mapę skarbów, pokazującą dokładnie, jak nowoczesna bankowość centralna będzie tworzyć zwycięzców i przegranych trzy wieki później. Ujawnił, że inflacja to nie tylko ogólny wzrost cen, lecz subtelny i potężny mechanizm redystrybucji bogactwa.
Ekonomistka, która odważyła się skrytykować fundament współczesnej ekonomii.

Joan Robinson była jedną z najwybitniejszych ekonomistek XX wieku. Jako współtwórczyni teorii konkurencji monopolistycznej jej dorobek jest stałym elementem podręczników do mikroekonomii. Jednocześnie zasłynęła z druzgocącej krytyki jednego z kluczowych pojęć głównego nurtu makroekonomii. Krytyki tak głębokiej, że zapoczątkowała trwającą dekady wojnę intelektualną znaną jako kontrowersja kapitałowa z Cambridge. Po jednej stronie stało Cambridge w Wielkiej Brytanii, po drugiej giganci z Cambridge w stanie Massachusetts, w tym Paul Samuelson i Robert Solow z MIT.
Jej argument był wymierzony w zagregowaną funkcję produkcji, model używany do wyjaśniania poziomu produkcji w gospodarce narodowej, zawierający zmienną „K” oznaczającą kapitał. Robinson wskazała na nieuniknioną logiczną sprzeczność.
Po pierwsze, nie da się mierzyć „K” w jednostkach fizycznych, ponieważ dobra kapitałowe są niejednorodne. Nie można sensownie dodać do siebie elektrowni, laptopa i samochodu dostawczego. Po drugie, ekonomiści mierzą więc „K” w wartości pieniężnej. I tu pojawia się pułapka. Wartość dóbr kapitałowych zależy od stopy zysku i stopy procentowej, czyli od tego, co funkcja produkcji ma właśnie wyjaśniać.
To tak, jakby próbować zdefiniować metr długością konkretnego pręta platynowego, jednocześnie twierdząc, że długość tego pręta można określić wyłącznie, mierząc ją w metrach. To doskonałe, całkowicie bezużyteczne koło. Argument ten uderzył w samo serce wielu powszechnie stosowanych modeli makroekonomicznych. Mimo ogromnego wkładu Joan Robinson nigdy nie otrzymała Nagrody Nobla. Wielu spekuluje, że nie było to spowodowane brakiem zasług, lecz jej publicznym i bezkompromisowym poparciem dla brutalnego reżimu Mao Zedonga w Chinach.
Najbardziej ironiczne zdanie w historii ekonomii
John Stuart Mill był jednym z najwybitniejszych myślicieli XIX wieku i reprezentuje to, co można nazwać piękną ślepą uliczką ekonomii klasycznej. Usystematyzował i dopracował idee Smitha i Ricarda, tworząc system, który jemu i jego współczesnym wydawał się kompletny i zamknięty.
W swoim opus magnum z 1848 roku, „Zasady ekonomii politycznej”, Mill sformułował deklarację, która przeszła do historii jako przykład niezwykłej pewności siebie. Pisząc o teorii wartości, czyli klasycznym poglądzie, że wartość opiera się na pracy i kosztach produkcji, stwierdził: „Na szczęście nie ma już nic w prawach wartości, co wymagałoby wyjaśnienia przez obecnych lub przyszłych autorów; teoria tego zagadnienia jest kompletna”.
Zaledwie dwie dekady później rewolucja marginalna całkowicie obaliła klasyczny paradygmat. Ekonomiści tacy jak Jevons, Menger i Walras niezależnie odkryli, że wartość nie jest obiektywna ani oparta na pracy, lecz subiektywna i określana przez użyteczność krańcową, czyli wartość dodatkowej jednostki dobra dla konsumenta. Ta zmiana stała się fundamentem współczesnej mikroekonomii i pokazała, że „zamknięta księga”, o której pisał Mill, właśnie miała otrzymać swój najważniejszy rozdział. To potężne przypomnienie, że nawet najbystrzejsze umysły mogą pomylić ciszę przed burzą intelektualną z trwałym spokojem.
Podsumowanie
Jak pokazują te pięć historii, dzieje myśli ekonomicznej nie są prostym, linearnym marszem ku ostatecznej prawdzie. To żywa, chaotyczna i nieustająca walka idei, pełna zaskakujących odkryć, błyskotliwych herezji i bolesnych pomyłek.
Wnioski są głębokie. Wielkie deklaracje Adama Smitha i Johna Stuarta Milla pokazują, że nawet rewolucyjne paradygmaty kryją w sobie ukryte wady i zdumiewające ślepe plamy. To wyraźne ostrzeżenie przed intelektualną pewnością we własnych czasach. Krytyka Karola Marksa i Joan Robinson dowodzi, że sam język ekonomii, pojęcia tak fundamentalne jak „wartość” i „kapitał”, nie są ustalonymi faktami, lecz polem zaciekłej rywalizacji. A trzystuletnia intuicja Richarda Cantillona pokazuje, że stare idee mogą nagle stać się przerażająco aktualne, wyjaśniając mechanizmy kształtujące nasz współczesny świat.
Ta historia to coś więcej niż ciekawostki. To cenna lekcja intelektualnej pokory. Skoro nawet najwięksi myśliciele mogli się tak głęboko mylić, to które z naszych dzisiejszych, mocno ugruntowanych przekonań ekonomicznych za sto lat będą wyglądać naiwnie?
Opublikuj komentarz